Bo nam się należy.

Swoim ostatnim komentarzem Tetryk trącił dość wrażliwą strunę. I nie mam tu na myśli PiSowskich polityków, tylko rodziców niepełnosprawnych dzieci. Zapewne są różni, ci rodzice. I różne mają podejście do życia i w ogóle. Jedni są mocno roszczeniowi, inni najchętniej udaliby, że nie istnieją. I wrzucanie wszystkich do jednego worka z etykietą „opierdzielają się za nasze podatki” – niestety dość częste ostatnimi czasy, jest bardzo niesprawiedliwe.

Ja osobiście jestem przykładem wręcz odwrotnym i wygrałabym w kategorii Największa Beznadzieja Rodzicielstwa Specjalnego (gdyby taka istniała). Mam totalny przechył w drugą stronę. Nigdy nie uważałam, że coś mi się należy. Raczej, że to ja powinnam wszystko i wszystkim. Głównie: dawać sobie radę. W każdej sytuacji. I nikomu nie zawracać dupy, bo inni mają własne problemy, jak na przykład wakacje w tropikach, czy coś tam. A poza tym nikogo moje problemy życiowe nie obchodzą, więc gadanie o nich jest po prostu nieeleganckie.

Albo takie zasiłki. Po zasiłki („z naszych podatków”) wyciągnęłam rękę kiedy moi synowie mieli trzynaście i szesnaście lat, niejako przymuszona przez miłą panią z urzędu dzielnicy, patrzącą na mnie jak na wyjątkowy okaz braku zaradności wychowawczej. Bałam się, że mi dzieci odbiorą, a BlueBoy dopiero co wygrał swoją przygodę z kardiochirurgią i nie chciałam go stracić, więc wzięłam ten zasiłek dla Matki Autyzmu…

Co jeszcze… No dużo by pisać, ale generalnie słaba jestem w „bo mi się należy” i chyba już nie nadrobię, bo po ostatniej terapii jakoś dziwnie mi furczy dopominanie się swoich praw. Zresztą może nie po terapii, tylko po wojnie o szkoły dla chłopaków, cholera wie…

Z tego wynika, że do polityki też się raczej nie nadaję, za co pozostaje mi chyba tylko podziękować Opatrzności…

© 2020, Jo.. All rights reserved.