Wirus

Nasza wielka majówka stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Bo na tę komunię, to my, proszę szanownego państwa, jedziemy właśnie przez Veneto i Lombardię do Piemontu. I nie wiem, jak was, ale nas średnio kręci perspektywa złapania po drodze wirusa. Jakiegokolwiek zresztą.

Moja siostra – co było do przewidzenia – uważa, że nie ma żadnej epidemii i nie przyjmuje żadnych argumentów ani informacji pozostających z tą teorią w sprzeczności. Kogoś mi tym przypomina… Nic dziwnego, że została nazwana w testamencie „najukochańszą pasierbicą”… Natomiast mnie możecie nazwać histeryczką (chociaż osobiście preferuję określenie „odpowiedzialna”), ale nie zamierzam pakować się z Niewolnomuzłapaćżadnejinfekcjiblueboyem ani z Niewezmętegolekujakubem w żadne, nawet potencjalne, zagrożenia epidemiologiczne. Sorry.

Problem jest nie tylko natury rodzinnej – ostatecznie mojej siostry nie było na żadnej komunii moich synów (ani na chrzcie, na którym była matką chrzestną), ale również (a właściwie: głównie) logistyczną.
Tak! Wyobraźcie sobie, że łatwiej w tym przypadku wyjaśnić paniczom, że plany mogą ulec zmianie, niż ogarnąć temat organizacyjnie!
Też się zdziwiłam!
Może dlatego, że Kuba nie chce tam jechać, a BlueBoya można czymś przekupić. Dajmy na to Wrocławiem.

[słowo daję: nie mam pojęcia po kim to dziecko ma tak zwichrowany stosunek do zagranicy…]

Dajemy im czas do początku kwietnia. Tym od wirusów. Potem trzeba będzie zacząć odwoływać rezerwacje… Chociaż wolałabym nie.

© 2020, Jo.. All rights reserved.