Ferie

Szczęśliwie dobrnęliśmy do końca ferii zimowych (?). Panowie wrócili do szkół, a mnie gnębią nieco wyrzuty sumienia, że te dwa tygodnie spędzili w domu. Generalnie zimowe ferie nie są naszą mocną stroną. Nie jeździmy na nartach i nie lubimy zimna. Przy czym ja tu jestem najgorsza… Na myśl, że miałabym chodzić po tej zimnicy, mam odruch zakopania się pod kołdrą. Myślę, że to efekt wychowania, bo zima zawsze była „do przeczekania”. Żadnego białego puchu i radosnego lepienia bałwana. Było mi zimno, buty zawsze przemiękały a kurtki nie chroniły przed mrozem. No i dokładnie ten model powieliłam przy własnych dzieciach – może z taką różnicą, że chłopcy zawsze mieli odpowiednie ubranie.

Zimę lubię za oknem. Najchętniej siedząc przy kominku. Piterowi szkoda urlopu, który może wykorzystać w okresie bardziej sprzyjającym spacerom i jedzeniu caprese. BB gdzieś by pojechał, ale ta opcja przegrywa z możliwością zaszycia się we własnym pokoju i zajęcia swoimi sprawami. Pozostaje Kuba, który co roku przypomina sobie, że „w ferie zimowe jedzie się w góry”. Chociaż właściwie, to przypomina nam i to dość męcząco, przy czym muszę przyznać, że w tym roku było jakoś lajtowo, bo bez awantury.

Te moje wyrzuty sumienia biorą się stąd, że może nawet byśmy gdzieś z nimi pojechali – nie na zimowisko, ale na dwa-trzy dni, byle przenocować poza domem, gdyby nie… sunia. Na dodatek: niewychodząca. A sunię wymyślałam sobie ja, nie pozostawiając zbytnio chłopakom wyboru.

Tak, pamiętam co pisałam o psie i odpowiedzialności (zbiorowej), ale wyszło, jak to w życiu: miłość od pierwszego wejrzenia i koniec dyskusji. Na dodatek wszyscy są zadowoleni, co dość ciekawe w sytuacji obgryzania nogawek i ignorowania kuwety.

Wiosna idzie. Nie wiem gdzie, ale przecież gdzieś idzie! Za półtora miesiąca ferie wiosenne. A potem majówka… I Luśka już niedługo będzie wychodzić na spacery… Damy radę.

© 2020, Jo.. All rights reserved.