Tłusty czwartek

Jestem dziś rozdarta między tradycją a rozsądkiem.

Lubię pączki. Naprawdę. Każdego dnia poza Tłustym Czwartkiem.

Pomijając przekorną naturę (bo może dzisiaj wolałabym drożdżówkę z makiem?), tkwi we mnie opór przed podążaniem za stadem. Jak widzę te kilometrowe kolejki do wysmażanych hurtowo pączków, to tracę na nie ochotę. Zarówno z powodu kolejek, jak i tej hurtowości.

Poza tym trudno jest trafić na dobrego pączka. Oczywiście najlepsze robi moja macocha. Niezłe ma Cieślikowski. Doskonałe – Zagoździńscy (ale ich tłustoczwartkowe kolejki, które zaczęły się już wczoraj, są legendarne) ewentualnie Pawłowicz na Chmielnej. Powoli dojrzewam do własnego pączkodzieła – powstrzymuje mnie tylko wizja pożerania kilograma usmażonego ciasta, i to na raz, bo wiadomo: następnego dnia to już nie to samo. Ja zjem jednego pączka, moi panowie po dwa. A co zrobić z resztą??? Chyba trzeba będzie zredukować proporcje, żeby z przepisu wychodziło góra osiem sztuk…

PS.
Oczywiście panicze dostaną swoją tradycję. Bo chyba nikt nie ma cienia wątpliwości, że tradycja dla nich to rzecz święta i z serca nie radzę tu niczego zmieniać

© 2020, Jo.. All rights reserved.