Przeziębienie.

Jestem chora.

[naprawdę nie mam pojęcia jak z tego zrobię PLUS]

Wprawdzie pozbyłam się żyletek w gardle, ale rozłożyła mnie najgorsza choroba ever, czyli katar i zawalone zatoki. Umieram.

No i różne dobre dusze mi podpowiadają, co zrobić, aby natychmiast postawić się na nogi.

Od razu mam skojarzenie z masowym atakiem reklam w telewizji i radio (z czasów, kiedy jeszcze oglądałam telewizję i słuchałam radia – ale nie sądzę, aby wiele się tu zmieniło). Armia gripeksów, rutinoskorbinów, witaminy ce, cośtamflu oraz wszelkiej maści kropli odtykających nos, gotowa do boju o ostatnią złotówkę zakatarzonego delikwenta. A każde z nich „postawi cię na nogi w ciągu nocy”, żebyś rano mógł iść z dzieckiem na łyżwy, przeprowadzić prezentację w pracy, zjeść służbowy lancz z bardzo ważnym klientem czy wyprasować tę stertę prasowania wysypującą się z ustawionej na środku salonu miski.

Tymczasem od wieków wiadomo, że przeziębienie trzeba wygrzać, wyleżeć i przeczekać. Pić ciepłe herbatki z sokiem malinowym. Jeść rosołek. Usiąść z termoforem i książką pod kocykiem. Albo rozpalić w kominku. A nie zbijać gorączkę toną nurofenu, żeby następnego dnia być gotowym do podbijania świata!

My tak strasznie chcemy mieć wszystko pod kontrolą, że zapominamy o prostej prawdzie: jesteśmy częścią przyrody i podlegamy jej prawom. Jeśli za wszelką cenę będziemy usiłowali udowodnić, że jest inaczej – to ta cena będzie większa, niż byśmy sobie mogli wyobrazić. Prędzej czy później.

No i patrzcie: mam PLUS! Tym PLUSem jest odzyskany rozsądek.

Lepiej późno, niż wcale.

© 2020, Jo.. All rights reserved.