Dzień trzeci.

Dawno nie było nic o piesi, więc spieszę nadrobić zaległości.

Luśka jest czadowa! Piekielnie inteligentna, nieprzesadnie grzeczna, miziasta i pomysłowa. Oczywiście najlepsze gryzaki, to nasze kapcie (na nogach) nogawki spodni i fotele, ale nie pogardzi odklejanymi spod foteli etykietami, z którymi wchodzi pod meble, bo już załapała, że jej zabieramy. Kolejną noc przespała do piątej, podnosząc raban wyłącznie dlatego, że nie życzyła sobie kojca potraktować toaletowo.

Trzeba uważać pod nogi, bo Luna przemieszcza się w prędkością światła. Tylko światło nie robi chyba takiego rumoru… No i „okazało się”, że mamy w domu całe stado dżeków… Jeden ukrywa się w drzwiach lodówki, drugi zamrażarki, pozostałe mieszkają w drzwiach tarasowych i kominku. Każde kolejne odkrycie musi być oczywiście należycie obszczekane, a ponieważ tamte psy mają dziwnie wyłączony dźwięk, to obszczekiwanie trwa do skutku. Metaforycznie.

Patrzę na to piękne słońce za oknem i nie mogę się doczekać połowy marca, bo dopiero wtedy będziemy mogli wychodzić na spacery. A póki co latam z mopem i buduję więź. Może mi nie będzie zbytnio zwiewać na tych spacerach?

[już widzę jak Jaerk dostaje w tym momencie ataku śmiechu]

© 2020, Jo.. All rights reserved.