Wielki powrót Pollyanny.

Luty jest najgorszym miesiącem w roku. Przede wszystkim dlatego, że od kilkunastu tygodni jest ciemno i zimno. Po wtóre: nie da się tego już tłumaczyć Świętami. A po trzecie: za chwilę będą kolejne moje urodziny.

Nie mam szczęścia do urodzin. To znaczy, zważywszy na to, że udało mi się przeżyć pół wieku, nie powinnam narzekać. Ale sama rocznica nigdy nie była dla mnie dniem wypełnionym radością, prezentami i spotkaniami z życzliwymi ludźmi. No tak jakoś mi się nie zdarzyło. Prędzej miałam do czynienia z rozczarowaniami, albo i kompletnym zapomnieniem. Można powiedzieć, że przywykłam (w tym roku również nie dostanę pianinka…), szat nie rwę, ale cieszyć się nie mam z czego.

Tradycyjnie w lutym łapię gigantycznego przedurodzinowego doła, którego nic nie jest w stanie zasypać. Chyba tylko raz mi się zdarzyło w niego nie wpaść, bo byłam zajęta innymi autystyczno-rodzinnymi atrakcjami i nie miałam czasu na własne depresje. Ale za to rok później niemal świętowałam pięćdziesiątkę na SORze, więc się jakoś zbilansowało.

W tym roku postanowiłam być szczwana i przebiegła. I po prostu zadusić tego drania w zarodku. A żeby mi nie wyszedł Baldrick, polecę Pollyanną. Ta upiornie optymistyczna dziewczynka (zamiennie z Lilo) była w stanie znaleźć w najgorszych sytuacjach plusy. I ja przez cały luty (jeśli to przeżyję) będę promienieć optymizmem.

Wiem, hardcore. No co ja poradzę na to, że mam głupie pomysły? Jakoś to wytrzymacie chyba, nie?
Bo ja to chyba nie mam wyjścia…

© 2020, Jo.. All rights reserved.