Planerek.

Cały styczeń grzecznie pracuję z planerem. Nawet nieźle mi idzie, chociaż czerwone kółka, oznaczające niewykonanie zaplanowanych działań, nieco mnie dołują. Dla równowagi zliczam te zielone i jakoś mi się bilansuje.

Natomiast nie mogę powstrzymać się od refleksji, że idealny (dla moi) planer nie istnieje… No bo tak: plan dnia pokrywa mi się z „to do” i na ogół sprowadza do sekwencji: leki-śniadanie-prasowanie-blog-kuchnia-kolacja-spacer-pisanie. Konkrety w postaci „lekarz o 12.15”, czy „zebranie w szkole” występują niezmiernie rzadko (wiadomo: do lekarza na ogół jeżdżę na sygnale w środku nocy, a tego się raczej nie planuje 😉 ). Pół notesu zostaje puste.

Afirmacje są fajne, ale nie codziennie. Żebym mogła je poważnie potraktować i popracować nad nimi, wystarczy mi jedna na tydzień. Wtedy mogę spokojnie sobie o niej pomyśleć, zastanowić się, czy mi pasuje, a jeśli tak – to zacząć wdrażać. No i jak znaleźć 365 mądrych sentencji na każdy rok??? Bez szans!

OK, to niby jaki byłby mój idealny planer? Bo narzekać, to każdy potrafi. A tak bardziej konstruktywnie?

Planer roczny. Takie kratki, w których wpisuje się urodziny, wydarzenia i wakacje.
Potem taki sam na każdy miesiąc.
Miesięczny nawykomierz (czyli to cholerstwo z czerwonymi kropkami).
Tygodniowy planer?
Ale na pewno tygodniowe menu!
I motto/afirmację.
Dalej kartka na każdy dzień, z miejscem na notatki, ważne rzeczy do zrobienia i PLUSy (nazywane gdzieś tam „praktyką wdzięczności”)
Co by tu jeszcze? Może jakiś adresownik? O! Lista książek do przeczytania. Ewentualnie filmów do obejrzenia. Bo nigdy nie pamiętam, co to ja miałam sobie kupić.
Co by tu jeszcze…

No nic. Zarys mam. Teraz tylko muszę poszukać kogoś, kto mi to wydrukuje…

© 2020, Jo.. All rights reserved.